Translations in context of "Brałam udział" in Polish-English from Reverso Context: Brałam udział w przymiarkach do pokazu młodej projektantki Gosi Żukowskiej.
Tłumaczenia w kontekście hasła "brałam udział w terapii" z polskiego na włoski od Reverso Context: Tłumaczenie Context Korektor Synonimy Koniugacja Koniugacja Documents Słownik Collaborative Dictionary Gramatyka Expressio Reverso Corporate
Translations in context of "brałam w nich udział" in Polish-English from Reverso Context: Tak, brałam w nich udział.
Tłumaczenia w kontekście hasła "którym brałam udział" z polskiego na angielski od Reverso Context: Podczas mojego warsztatu, w którym brałam udział zrobiliśmy interaktywną instalację.
Weekend😊 bardzo aktywny, brałam udział w 2 dniowych szaleństwie😉. Citi Warmia Run Challenge WRC za mną, w nogach 72,2km i 2 miejsce w kategorii Super Heroes🥳.
Obecnie trwają przesłuchania świadków. Seksafera wstrząsnęła całą Polską, a szczególnie parafianami w Dąbrowie Górniczej. Michał Piróg apeluje do księży biorących udział w orgii na plebanii. Głos w sprawie orgii na plebanii w Dąbrowie Górniczej zabiera coraz więcej osób. Wśród nich znalazł się również Michał Piróg.
One year = 12 months. Brahma’s age is 100 years (Divya Varsh / God years). {Note: - In one day of Brahma Ji, the term of rule of 14 Indra ends. The term of rule of one Indra is 72 Chaturyuga. Therefore, in reality, one day of Brahma Ji is of 72 × 14 = 1008 Chaturyuga, and the same is the duration of the night, but for sake of simplicity it
This page was last edited on 27 September 2020, at 18:26. Files are available under licenses specified on their description page. All structured data from the file namespace is available under the Creative Commons CC0 License; all unstructured text is available under the Creative Commons Attribution-ShareAlike License; additional terms may apply.
Tak to wydarzenie też organizowałam i brałam w nim udział 😎 Dwa dni spotkań, rozmów i (mam nadzieję) zadowolonych z tego wszystkiego przedsiębiorców z…
W minioną sobotę brałam udział w Konferencji ,,Miejmy się dobrze'' , która odbyła się Tak jak pisałam wczoraj, wrzesień jest dla mnie mocno szkoleniowy. W minioną sobotę brałam udział w Konferencji ,,Miejmy się dobrze'' , która odbyła się w Gdańsku.
QLv4W. on 20 listopada, 2016 • 1. W jednej ze swych mów oświadczył Lenin: „Jest rzeczą po prostu niemożliwą, pozyskanie szerokich mas dla pewnej idei politycznej, bez współudziału kobiet. Bez kobiety nie może być dokończone dzieło sowieckie.” Zobaczmy Kochani Czytelnicy, jak ten „udział” kobiety rosyjskiej w budowie państwa sowieckiego wyglądał. Niech mi wolno będzie powiedzieć jeszcze na wstępie słów kilka „Pro domo”. Byłam młodą studentką, gdy czerwone sztandary rozpostarły się nad Rosją. Uległam już ogólnej hipnozie – pracowałam w „Moskiewskiej Gazecie” – brałam udział w komitetach oświatowych. Szybko maska spadła z czerwonych apostołów. Czym była dla nich kobieta – jak ją traktowano – czym stała się w „życiu erotycznym” – jak zmuszano dziewczęta do oddawania się żołnierzom sowieckim – jak nazywano wprost prostytucję – dowiecie się Kochani Czytelnicy z moich artykułów. Dzisiaj – żyjąc na Zachodzie – gdzie godność kobieca jest szanowana – gdzie na komendę nie musi kobieta kłaść się z obcym mężczyzną do łóżka – dziś patrzę na to wszystko, jak na koszmarne wizje… I nic nie dodając – i opierając swe artykuły na dokumentach (które ogłoszę), przedstawię wam „bez maski”, jak wygląda w Rosji, miłość i erotyka w świetle prawdy. 2. Po wielu „metamorfozach” wypierają się dziś w Sowietach, jakoby istniała tam „socjalizacja kobiety”. Oto w moich rękach znajduje się dokument świadczący o czymś wręcz przeciwnym. Monogamistyczne małżeństwo jest w pojęciu sowieckim, przeżytkiem burżuazyjnym. Komunizm woła: „Wszystko należy do ogółu.” A zatem młode i piękne kobiety. Tzw. „Anarchistyczny odłam komunistów w Saratowie” ogłosił w r. 1923 następujący dekret: „Niesprawiedliwość klasowa zdziałała, że burżuje byli w stanie żenić się z najzdrowszymi „egzemplarzami” kobiecego świata. Milionowy proletariat żenił się z pozostałymi kobietami, które nie budziły pożądania sfer posiadających. Wpływa to niezdrowo na rozwój ludności – i na życie erotyczne ludu pracującego. Dlatego postanawiamy: 1) Z dniem dzisiejszym ustaje tzw. „własność prywatna” mężczyzn w stosunku do kobiet, od 17 do 44 roku życia. 2) Dekret nie będzie stosowany do kobiet, mających już 5-cioro dzieci. 3) Dotychczasowi „właściciele” tj. mężowie, otrzymają prawo pierwszeństwa, posługiwać się swymi żonami – bez względu na liczbę innych kandydatów. Gdyby „były” mąż sprzeciwiał się wykonaniu tego dekretu – traci on prawo do „używania” swojej „byłej” żony. 4) Wszystkie kobiety, odebrane dotychczasowym „wyłącznym” właścicielom stają się własnością ogółu. 5) Podział kobiet, ustalenie ilu mężczyzn i których, musi kobieta przyjmować tygodniowo zastrzega sobie specjalny „Zarząd”. Mężczyźni, którzy chcą obcować z kobietą, zgłoszą się codziennie przed południem przy ul. Moskiewskiej, w Saratowie, w lokalu dawnej giełdy kupieckiej. Każdy mężczyzna otrzyma kartkę, z adresem kobiety, która jest zobowiązaną mu się oddać normalnie. Przedtem jednak będzie poddany badaniom lekarskim. 6) Kobiety które miałyby być uwolnione od wykonywania seksualnych czynności z „towarzyszami”, muszą przedłożyć dokumenty, stwierdzając, że nie mają jeszcze lat 17 – względnie, że ukończyły 44 rok życia. Zgłoszenia muszą nastąpić w ciągu 3 dni. 7) Kobieta, któraby odmówiła oddania się „towarzyszowi”, uważana będzie za kontrrewolucjonistkę. 8) Każdy „towarzysz” ma prawo, „posługiwać się” przy wykonywaniu czynności seksualnych kobietą, uważaną jako „dobro ogólne” trzy razy w tygodniu. Kobieta musi z nim pozostać dwie godziny. 9) Każdy towarzysz pragnący otrzymać przydział do kobiety musi przedłożyć potwierdzenie „Komitetu fabrycznego” lub „Związku zawodowego” o przynależności do organizacji sowieckiej. 10) Każdy robotnik korzystający z tych praw, wolnego wyboru kobiet zmuszony jest wpłacać 3 proc. swego zarobku na Fundusz Uzdrowienia Życia Płciowego. 11) Obywatele nie należący do „rodziny robotniczej” mogą po wpłaceniu miesięcznej sumy 100 rubli do kasy „Funduszu” również otrzymywać „przydział”. 12) Filie Banku Państwowego ogłoszą, że przyjmują wpłatę na „Fundusz Uzdrowienia Płciowego”. 13) Kobiet wciągnięte na listę „dobra ogólnego” otrzymają miesięcznie po sto czterdzieści rubli na cele higieniczne. 14) Kobieta w 4 miesiącu ciąży – uwolnioną zostaje z wypełniania swoich funkcji wobec ogółu proletariatu męskiego. 15) Dzieci narodzone z tych „narodowych” stosunków, oddawane będą do żłobków państwowych. 16) Co dwa miesiące odbędzie się w laboratorium „życia płciowego” badanie krwi mężczyzn, korzystających z „dobra ogólnego”. 17) Kto obcuje z kobietą, mając świadomość, że jest chory wenerycznie, skazany zostaje na 5 lat więzienia. 18) Kobiety, które zachorowały przy wykonywaniu swoich czynności, mają prawo do pobierania miesięcznej pensji, którą ustali Zarząd. 19) Mężczyźni, którzy z czasów burżuazyjnych, związani są jeszcze prawnie związkiem małżeńskim, mogą w każdej chwili opuścić swoje żony – o ile te, nie dają im pełnego zadowolenia w pożyciu seksualnym. Tak wyglądał ten „manifest”. Wiem, że znajdzie się czytelnik, którzy sceptycznie przeczyta ten dokument i może z niedowierzaniem. Tych odsyłam do dzieła b. profesora uniwersytetu w Irkucku, dra Hansa Halma, który fotografie tych dokumentów ogłosił w swym dziele, które ukazało się nakładem księgarni Buchholca, Berlin – Harlotenburg. To dopiero Kochani Czytelnicy – początek. W następnych artykułach opowiem Wam – jakie piekło przechodzić musi kobieta rosyjska – która nie straciła godności swojej i która nie jest w stanie znieść męki poniżenia, by byle jaki „partyjniak” lub „żołdak” nasycał się jej ciałem – a ona musiała mu służyć, jako obiekt do najpotworniejszych orgii. Źródło: „Adam i Ewa”, 8/1935 Kategorie:ŹródłaTagi: Adam i Ewa, Czasopisma, Dwudziestolecie
Kategoria: Data publikacji: Pełne rozmachu igrzyska, wspaniałe amfiteatry i łaźnie, cesarze rozdający zboże, swoboda seksualna, sztuka, poezja, prawo… ale też okrucieństwo, masy biedoty i często naprawdę koszmarny los niewolnika. Czy starożytny Rzym to dobre miejsce do życia? Odpowiedz na pytanie i wygraj porywającą powieść Bena Kane’a „Zapomniany Legion”. Starożytny Rzym, miasto, w którym spotykały się wszystkie drogi świata. Mała mieścina, która zdobyła panowanie nad światem i stała się gigantyczną metropolią pełną monumentalnych budowli, dumną stolicą wielkiego imperium. A jednak długo można by opisywać jego mroczną stronę. Czy chcielibyście mieszkać w starożytnym Rzymie? Rzymska cywilizacja wydaje się Wam wspaniała i godna podziwu, czy raczej obca i odpychająca? Odpowiedzcie na te pytania, a możecie wygrać jeden z trzech egzemplarzy powieści Bena Kane’a pt. „Zapomniany Legion”, ufundowanych przez wydawnictwo Znak Horyzont. Pamiętajcie: najważniejsze jest ciekawe uzasadnienie. „Zapomniany Legion” Bena Kane’a podbił serca ponad 800 000 czytelników w 11 krajach. To jeden z najgorętszych debiutów ostatnich lat. Konkurs trwa do 23:59 w sobotę 22 sierpnia. Swoje odpowiedzi piszcie w komentarzach pod tym wpisem. Przed opublikowaniem komentarza na stronie upewnijcie się, że podaliście w odpowiedniej rubryce swój adres e-mail (jest on widoczny tylko dla redakcji). Dzięki temu, jeżeli wygracie, będziemy mogli się z Wami skontaktować. Będzie to również potwierdzenie, że to Wy jesteście autorem danego komentarza. Informacje prawne Uczestnik konkursu wyraża zgodę na przetwarzanie ujawnionych przez siebie danych osobowych w postaci adresu poczty elektronicznej, imienia i nazwiska na potrzeby przeprowadzenia konkursu oraz udziału w bezpłatnym newsletterze. W celu uzyskania informacji o przetwarzanych danych osobowych, ich zmiany lub cofnięcia zgody na ich przetwarzania, w tym rezygnacji z udziału newsletterze uczestnik może wysłać maila na adres ciekawostki@ Interesuje Cię książka, ale nie chcesz czekać na rozwiązanie konkursu? Pamiętaj, że z naszym kodem rabatowym kupisz ją w księgarni pl dużo taniej niż inni. Nie zapominamy również o miłośnikach e-booków, dla których specjalną ofertę ma Woblink.
fot. Adobe Stock, Magryt - Dawno się tak nie wybawiłam! – powiedziałam do męża po powrocie ze ślubu swojej bratanicy. Agnieszka urządziła wesele w starym stylu, sprosiła chyba ponad setkę gości. Dzięki temu miałam okazję zobaczyć po latach dalekie kuzynki. To był świetni pomysł. Kto by pomyślał, że wciąż całkiem żwawe z nich babeczki. Szalałyśmy z mężami, swoimi i nie swoimi, do białego rana. Dobrze, że wzięłam buty na przebranie, bo inaczej bym chyba wracała do domu na bosaka, tak mnie stopy bolały po tych tańcach. Całe były opuchnięte, nawet kiedy już się trochę przespałam. Mąż przygotował mi miednicę z wodą z dodatkiem pachnącej soli, abym je sobie dobrze wymoczyła. Trzymałam je w wodzie przez pół niedzieli, bo w poniedziałek trzeba było iść do pracy. – Dobrze, że do tego czasu i alkohol mi z głowy wywietrzeje – śmiałam się. – Oj, popiliśmy sobie, popiliśmy – wtórował mi mąż gromkim śmiechem. - Trunków państwo młodzi nie poskąpili, a my za kołnierz nie wylewamy. W końcu na weselu byli sami swoi, prawda? – Jakby co, to wszystko zostanie w rodzinie – stwierdziła moja bratowa, która po północy zrzuciła niewygodne pantofle i pląsała po parkiecie boso. Nikt już o tej porze nie zwracał uwagi na fotografa, który wciąż jeszcze plątał się między gośćmi, sam już nieźle podchmielony i pstrykał, pstrykał, pstrykał…. Kto by się tam nim przejmował, w końcu takich zdjęć państwo młodzi na pewno nie wkleją do weselnego albumu. Szef wezwał mnie i zaczął, nie owijając w bawełnę Jestem osobą starej daty, dla mnie album ślubny to wydrukowane odbitki włożone starannie w przegródki z folii. Internet ledwo w ogóle ogarniam, nie miałam więc pojęcia o żadnych portalach społecznościowych czy też wrzucaniu zdjęć do „chmury”. Sama, jak wracałam z wakacji i chciałam się podzielić z przyjaciółmi wrażeniami, to ich po prostu zapraszałam do siebie na wino i oglądanie fotografii. Okazało się jednak, że teraz takie zachowanie przechodzi już do lamusa. A zdjęcia prywatne może teraz obejrzeć każdy, o czym przekonałam się dość boleśnie. W niecały miesiąc po weselu Agnieszki poczułam w biurze wokół siebie dziwną atmosferę. Jakieś szepty i uśmieszki za moimi plecami... A nawet bezczelnie bezpośrednie komentarze. – Pani Haniu, pani to się dopiero potrafi bawić – powiedział do mnie jeden kolega. – A poprawiny były? – dodał inny. „O czym oni mówią?” – zastanawiałam się zaniepokojona i naprawdę nic sensownego nie przychodziło mi do głowy, dopóki nie wezwał mnie szef na poważną rozmowę. On już nie owijał w bawełnę. – Pani Haniu, jako nasza najstarsza księgowa była pani brana na poważnie jako kandydatka na stanowisko głównego księgowego w centrali. Ale w tej sytuacji… – Nie rozumiem... – bąknęłam. – No cóż, nie mogę polecić na to stanowisko kogoś, kto lubi wypić i nie w każdej sytuacji potrafi się zachować. – Ja lubię wypić? – byłam w szoku. – Nie mam pojęcia, o czym pan mówi, panie dyrektorze. Jeśli ktoś coś o mnie naopowiadał, to mogę przysiąc, że to bzdura. – No cóż, pewnie także bym tak sądził, gdybym nie zobaczył na własne oczy… – dyrektor wzniósł spojrzenie do nieba, po czym pochylił się do mnie i stwierdził dość poufale: – Pani Haniu, na przyszłość mogę pani jedynie doradzić, aby nie umieszczała pani swoich zdjęć w sieci. Ja rozumiem wszelkie słabości, ale im mniej ludzie wiedzą o tym, co robimy prywatnie, tym lepiej. Zwłaszcza gdy chodzi o tak delikatne kwestie jak... picie dużych ilości alkoholu. Bratanica nie zapytała, czy sobie tego życzę Wyszłam z gabinetu dyrektora zdumiona i przerażona. Niemal oskarżył mnie o to, że jestem alkoholiczką! Dlaczego? Naprawdę nie rozumiałam, co się dzieje. Złapałam w korytarzu jednego z handlowców, takiego, co to go zawsze lubiłam, i zapytałam otwarcie, o co chodzi, i dlaczego ludzie się ze mnie śmieją. – To pani nie wie? – zrobił wielkie oczy, po czym pokazał mi w sieci… stronę weselną mojej bratanicy, a na niej pełną relację zdjęciową z wesela. – O matko... – tylko jęknęłam, widząc siebie z rozwianym włosem i czerwoną twarzą, jak wykonuję rozmaite wygibasy na parkiecie to z jednym, to z drugim facetem. Kto z pracy mógł wiedzieć, że mężczyzna, z którym tańczę ogniste tango, jest moim szwagrem, mężem, albo bratem? I kogo to obchodziło w biurze? Dla nich zwyczajnie brałam udział w czymś, co wyglądało na pierwszy etap jakiejś orgii. „Ale to był ślub mojej bratanicy. Ciekawe, jak sami się zachowujecie na weselach. Na pewno nie jak zakonnicy” – chciałam wszystkim wykrzyczeć, ale czułam, że to by tylko pogorszyło moją sytuację. Pretensje mogłam mieć jedynie do Sandry, że nawet nie zapytała, czy sobie życzę, aby moje zdjęcie znalazło się sieci. Przez moment rozważałam, czy jej nie uświadomić, że ta fotorelacja z wesela kosztowała mnie awans. I może powinnam to zrobić, aby pilnowała się na przyszłość, jednak po namyśle z tego zrezygnowałam. Po co jej robić przykrość „w prezencie ślubnym”? Co się stało, to się nie odstanie. Pstryk i po awansie... Czytaj także:„Nie szukałam miłości, panicznie bałam się dzieci. Wtedy w moim życiu pojawił się on i… jego córka”„Dostałam pracę tylko dlatego, że nie grzeszę urodą. Żona prezesa bała się, że ze ślicznotką ją zdradzi”„Zerwałam kontakt z przyjaciółką, bo podróżowała i świetnie zarabiała. Potem zrozumiałam, że byłam zazdrosną jędzą”
Beatrycze99 EBooki N Użytkownik Beatrycze99 wgrał ten materiał 5 lata temu. Od tego czasu zobaczyło go już 122 osób, 34 z nich pobrało i opinie (0)Transkrypt ( 25 z dostępnych 141 stron) STRONA 2Nixon Audrey Zabójcze ciało Pełna czarnego humoru, szokująca i przezabawna historia pięknej Jennifer, która w wyniku nieszczęśliwego zbiegu okoliczności, przechodzi na dość specyficzną dietę… Na zabitej dechami amerykańskiej prowincji, nawiedzana przez demony cheerleaderka zaczyna pożerać kolejnych szkolnych kumpli. Apetyt wyraźnie jej dopisuje. Miarka przebiera się, gdy na półmisek trafia chłopak Needy, przyjaciółki Jennifer. Wkurzona dziewczyna bierze sprawy w swoje ręce. STRONA 3ZANIM ZACZNIEMY STRONA 4Mówią na mnie Needy. To zdrobnienie od pełnego imienia, jak na przykład Barbie czy Betty. Moje prawdziwe imię brzmi Anita, ale chyba nikt go już nie pamięta. Jako pierwsza Anitę do Needy skróciła Jennifer. Przyjęło się od razu. Nie doszukujcie się jednak w tym, że mówią na mnie Needy, żadnych podtekstów. Nie ma to bowiem żadnego związku ani z tym, co się wydarzyło, ani z tym, co mnie czeka. Nie sądzę, żeby kierowały mną jakieś szczególne potrzeby... z wyjątkiem żądzy zemsty. Tak, zemsta smakuje słodko. A ja pragnę się nią nasycić. Ale na razie siedzę w swoim pokoju, a raczej w swojej celi, i oplatam dwa patyki pomarańczową włóczką. Robię oko Boga, takie samo, jakie robiłam w szkole podstawowej. No, może nie całkiem identyczne, bo widzę, że od tamtej pory moje zdolności manualne nieco się rozwinęły. Zresztą trudno tu o ciekawsze zajęcia. W mojej celi stoi jedynie łóżko, za pościel służą poduszka i drapiący koc, a pod ścianą ustawiono mebel, będący skrzyżowaniem biurka z toaletką, wyposażony w kilka szuflad. Jest też okratowane okno, przez które nawet nie próbuję wyglądać, bo wiem, że tuż za nim znajduje się trzymetrowe ogrodzenie zakończone drutem kolczastym. W zasadzie miejsce, w którym przyszło mi spędzić jakiś czas, przypomina raczej nie więzienie, lecz poprawczak i wariatkowo w jednym. Rygor niewielki, tyle że faszerują cię prochami, a jak zaczynasz świrować, zamykają w izolatce. W gazetach piszą, że przebywam w więziennym szpitalu psychiatrycznym dla młodocianych kobiet w Leech Lake. STRONA 5Kiedy już nie mogę znieść własnych myśli, przeglądam pocztę. Przychodzi tego mnóstwo: listy, paczki, zdjęcia, bielizna. Podejrzewam, że dostaję więcej listów niż święty Mikołaj i Zac Efron razem wzięci. Tylko że ja pochodzę z innej bajki. Niektórzy piszą, że się za mnie modlą. Według nich wszystko będzie okej, jeśli przyjmę do serca Jezusa Chrystusa. Czasem nawet odmawiam na głos pacierz, ale jak do tej pory nie doczekałam się efektów. Nikt mnie nie nawiedził. Nikt nie zstąpił z krzyża. Sama nie wiem. Może najpierw powinnam pójść do kościoła. Zdarza się, że dostaję prezent od jakiegoś pomyleńca, który zobaczył moje zdjęcie w gazecie i chce się ze mną ożenić. Zapewnia, że z jego pomocą udałoby mi się pozbierać i wyjść na prostą. No cóż, musiałabym chyba lecieć na dewiantów, którym staje na myśl o nieletniej. Litości! Może i jestem stuknięta, ale na pewno nie zdesperowana. Na biurku ustawiłam fotografię Chipa. Pewnie dziwi was, że potrafię wytrzymać taką torturę. Otóż potrafię, a nawet więcej, wpatruję się w jego zdjęcie codziennie, starając się wymazać z pamięci ostatni raz, gdy go widziałam - z otwartą klatką piersiową, ręką oderwaną od tułowia i wypadającymi na ziemię wnętrznościami. Ktoś puka do drzwi. Raymundo wtyka głowę, by poinformować mnie, że spacer trwa już od pięciu minut. Goń się, Raymundo. Kładzie na biurku tabletki, zamyka drzwi. Ponieważ nie chcę i nie muszę już nic czuć, zawsze łykam mój przydział prochów. Mimo wszystko przynoszą ulgę. Ściągam spodnie od piżamy, żeby przebrać się w sportowe wdzianko i przyglądam się moim bliznom. Lubię na nie patrzeć. Dają mi niezłego adrenalinowego STRONA 6kopa. Gładzę przez chwilę głębokie, nabrzmiałe szramy na udzie - pamiątkę po piekielnie męczącej walce. Wskakuję w krótkie spodenki oraz kapcie-króliczki. No co, nie ma się z czego śmiać. Uważam, że są słodkie. W każdym razie doskonale pasują do pomarańczowego T-shirtu oraz bojówek, które są tu ostatnim krzykiem mody. Wypuszczają nas na plac, żebyśmy, biegając w kółko, pozbywały się naszego wariactwa. Na boisku do badmintona nadają przez głośniki muzykę operową. Właśnie w tym miejscu można spotkać najbardziej odjechane dziewczyny. Najdziwniejsze dziewczyny. Jedna z nich przerywa grę i szczerzy się do mnie w bezzębnym uśmiechu, by zaraz potem grzmotnąć swoją partnerkę rakietką w nogę. Po drugiej stronie siatki inna biedaczka, której najwyraźniej nikt nie objaśnił zasad badmintona, wali rakietką w ścianę. A wszystko pod czujnym okiem idiotycznie uśmiechniętych psychologów. Witajcie na Olimpiadzie dla Psycholi. W Leech Lake sport traktuje się bardzo poważnie. Pewnie chodzi im o to, że dzięki niemu my, pacjentki, możemy dać upust agresji. Zamiast siekierami, wymachujemy rakietkami do badmintona. Na przykład świruski w rogu skaczą sobie grzecznie przez podwójną skakankę, choć normalnie zajmowałyby się raczej konstruowaniem bomb z udrażniacza do kibla. Nawet „pocięte" włączają się do zabawy, jeśli akurat są przytomne. Jednej pannie, podczas skoków, efektownie powiewa bandaż na wietrze. Według mnie chodzi o to, żeby nas porządnie zmęczyć. Jeśli będziemy padnięte, nie zaczniemy się buntować. Niegłupio pomyślane, owszem, ale niestety na mnie nie działa. Jestem narowista. Tak nawet napisano, czerwonym długopisem, w mojej karcie: narowista. STRONA 7I jeszcze podkreślono. W trakcie składania wizyt tutejszemu lekarzowi wyczytałam tam jeszcze inne ciekawe rzeczy. Pod Anita „Needy" Lesnicki zanotowano: halucynacje oraz mania wielkości. Z czego płynie prosty wniosek: jestem nienormalna. Nie można mnie winić za morderstwo. Tak mówi mama. Dobrze, ale jeśli cierpię na manię wielkości, to czy nie spróbowałabym zdobyć sobie tutaj jakichś fanek? Lub stworzyć sekty i stać się jej przywódczynią? W zasadzie mogłabym. Wystarczy, że opowiedziałabym dziewczynom co nieco o krwawej orgii, w której brałam udział. Wielbiłyby mnie potem na kolanach. Ale ja wolę, żeby nie zwracano na mnie uwagi. Tylko nie zawsze mi się to udaje. W stołówce panuje zwyczaj dobierania się w pary. Nawet Szczerbata znalazła sobie koleżankę. Ja biorę metalową tacę ze słodką bułką i siadam z dala od reszty. Lecz im bardziej staram się być niezauważalna, tym mniej mi to wychodzi. Dzisiaj na przykład wypatrzyła mnie dietetyczka. Kieruje się prosto do stołu, przy którym siedzę, jakby się szykowała, żeby zwędzić mi bułkę. - Tylko jedna? - pyta. - Smakuje mi. Właśnie w ten sposób udaję niewidzialną - poprzez unikanie awantur. Po prostu czekam, aż sobie pójdzie. - Cieszę się - stwierdza - ale nie jestem pewna, czy jedna bułka zapewni ci wystarczającą ilość energii na cały dzień. Doradzałabym więcej węglowodanów. Nie wiem, dlaczego, może dlatego, że mnie poucza albo dlatego, że jest brzydka, lub może dlatego, że jej głos brzmi, jakby ktoś przeciągał paznokciami po tablicy, STRONA 8zresztą wszystko jedno jaki jest powód - tracę nad sobą kontrolę. Odbija mi. Ostatnio zdarza się to dość często. - A ja doradzałabym, żebyś się zamknęła! - krzyczę. W tej samej chwili skaczę, robię szybki wymach nogą i serwuję jej kopa prosto w facjatę. Wciąż mnie zaskakuje, jak szybko potrafię się poruszać. Ta suka dietetyczka pada na kolana, z jej złamanego nosa leje się krew. Wokół narasta wrzask. Podbiegają dwaj porządkowi i przytrzymują mnie za ręce. Wyrywam się im na tyle długo, żeby zdążyć jeszcze odcharknąć i splunąć flegmą w oko dietetyczki. Po jaką cholerę zaczynała? Potrzeba jeszcze dwóch porządkowych, żeby wyciągnąć mnie na korytarz. Drę się: „czterech osiłków na jedną małą dziewczynkę". Udaje mi się odwrócić w stronę dietetyczki w samą porę, by zobaczyć, jak wypluwa ząb. Naturalnie, ląduję w izolatce. Płaczę. Znalazłam się tu, bo tak zapewne jest dla mnie najlepiej. Przestałam już rozumieć samą siebie. Wcześniej nie zdarzały mi się takie chore akcje, przysięgam. Nawet muchy bym nie skrzywdziła. Byłam normalna. W każdym razie na tyle, na ile normalna może być nastolatka pod wpływem rozszalałych hormonów. Ale kiedy zaczęła się ta cała rzeźnia, coś się we mnie rozchwiało. Zaczęłam puszczać w szwach, jak dżinsy, które uszyłam na zajęciach z gospodarstwa domowego. Rozpadać się na włókna, jak gotowana wołowina. Umarłam wewnętrznie. No cóż, w mojej szkole nadal chodzi się na zajęcia z gospodarstwa domowego. To nie pierwszy mój pobyt w izolatce. W sumie nie jest tu tak źle, wbrew temu, co zapewne myślicie. Moja betonowa celka ma całkiem przyzwoite rozmiary. Leżę sobie na plecach i jeśli przyjdzie mi ochota, mogę się STRONA 9nawet wyciągnąć. Wysoko, pod sufitem, znajduje się niewielkie okno, ale na tyle duże, że pewnie udałoby się przez nie przecisnąć osobie, pod warunkiem, że jakimś paranormalnym sposobem uniosłaby się wcześniej na wysokość ponad czterech metrów. Kiedy mnie tu zamykają, próbuję spać, ale okazuje się to gorsze niż bezsenność. Moje sny nie przynoszą ukojenia. Wypełniają je upiorne sylwetki, kłapiące zębami czaszki, nadjedzone ludzkie twarze. No i słyszę, nieustająco, w kółko od nowa, tę piosenkę. Jak tylko zamykam oczy, włącza się ten cholerny hit z listy Top Forty, a perkusja wali w mój mózg. Pośród drzew odnajdę ciebie Ukoję twój ból Przypomnę ci gwiazdy na niebie Spotkamy się znów Pieprzony szlagier. Dla zabicia czasu odtwarzam wszystko w pamięci. Fragment po fragmencie, bez końca. Czy historia, którą opowiem, ma sens? Nie. Czy wydarzyła się naprawdę? Tak. Czy ktokolwiek mi uwierzy? Wszystko wskazuje na to, że nie. Przypuszczam, że chcielibyście poznać tę historię. Dobrze się składa, bo ja prawdopodobnie chcę się nią z wami podzielić. Przecież nie nudziłabym bez powodu. A tak przynajmniej nie zasnę. Lecz najpierw pozwólcie, że sobie coś wyjaśnimy. Wielu ludzi pyta mnie, czy żałuję tego, co zrobiłam. Otóż nie. Żałuję tylko jednego: że nie zrobiłam tego wcześniej. STRONA 10Rozdział pierwszy Za siedmioma lasami STRONA 11Na znaku drogowym, przed wjazdem do naszego miasteczka, widnieje napis: „Witaj w Devil's Kettle. Liczba mieszkańców 7037. Sprawdź, co dziś na obiad". Przysięgam, tak właśnie napisali. Jedno liceum, jedna pizzeria, jeden sygnalizator świetlny, a poza tym lasy, lasy, lasy. Krótko mówiąc: Totalne Zadupie w stanie Minnesota. I tutaj właśnie wszystko się zaczęło. Wiem, że Devil's Kettle może wam się kojarzyć z jakąś czarną magią, ale nazwa wzięła się od niewinnego wodospadu. Ściśle rzecz biorąc, to nie jest zwykły wodospad, z tych, co to kończą się strumieniem lub rzeką. Nasz spływa do dziury w ziemi i nigdzie nie wypływa. W promieniu mili nie pojawia się nawet strużka, woda po prostu znika. Naukowcy od lat głowią się nad tym zjawiskiem. Wrzucali do wodospadu, bądź wlewali, mnóstwo rzeczy - nadmuchiwane piłki, czerwony barwnik, jakąś radioaktywną ciecz, dzieci... Dobra, dobra, żartowałam z tymi dziećmi. Jezu, dajcie spokój, to zwykłe miasteczko. W każdym razie nic z tego, co do wodospadu wrzucili, nigdy nigdzie nie wypłynęło. Chyba że trafiło do innego wymiaru. Albo ta dziura jest, no wiecie, bardzo głęboka... Okej, pewnie chcielibyście w końcu dowiedzieć się czegoś o Jennifer. To normalne, wszyscy chcą. Taka śliczna dziewczyna, biadolą, odeszła przedwcześnie. A do tego była wprost urodzoną czirliderką. Lecz wierzcie mi, suka prosiła się o to, co ją spotkało. Pod koniec jej ciało, pożółkłe i wynędzniałe, wyglądało naprawdę fatalnie. Ale kilka miesięcy wcześniej STRONA 12Jen była najseksowniejszą sztuką w naszej zapadłej dziurze. Czas na prezentację: Jennifer, ja i mój chłopak, Chip - trójka zupełnie przeciętnych nastolatków. Tacy właśnie byliśmy. Dokładnie, jak na zdjęciu ze szkolnego albumu: Jennifer - kapitan drużyny czirliderek, Needy - mózgownica, Chip - apetyczny perkusista. Niektórzy próbują mi wmówić, że Chip Dove nie przekroczył poziomu kiepskiego pałkarza z podrzędnego bandu. Nie słucham ich. Dla mnie wszystko, co z nim związane, jest jak muzyka. No dobra, niech wam będzie. Może i nie wymiatał jak szatan. Znał tylko Land of a Thousand Dances - jeden z tych prehistorycznych smętnych kawałków z dużą ilością na-na-na w refrenie. Ale na szczęście granie przed meczami szkolnymi nie wymagało szczególnej finezji. A przywalić w gary potrafił. Trzeba jednak przyznać, że kiedy czirliderki wychodziły na boisko w obcisłych żółto-fioletowych kostiumach, wybijały równiejszy rytm swoimi białymi kozaczkami niż Chip na bębnach. Na czele drużyny kroczyła, panie i panowie... Jennifer Check! Totalnie zjawiskowa. Lśniące kasztanowe włosy, konkretny biust, wąska talia. Jednym słowem: cudo. W niczym nie przypominała reszty naszych koleżanek z liceum. Wyglądała, jakby zeszła z rozkładówki Playboya. Mecze odbywały się u nas stanowczo za często i czasami zastanawiałam się, czy przypadkiem nie po to, żeby wszyscy mogli popatrzeć, jak Jennifer, w super krótkiej plisowanej spódniczce, wymachuje flagą. W owym czasie łączyła nas szczególnie bliska więź, niemal siostrzana. Ludziom nie mieściło się w głowach, że taka lalka jak Jennifer może zadawać się z takim STRONA 13dziwadłem jak ja. Nosiłam kujońskie okulary, a moje włosy nie miewały częstych kontaktów z suszarką, nie mówiąc o prostownicy. Lecz stałyśmy się nierozłączne, zanim jeszcze zaczęłyśmy mówić. Miłość, która rodzi się w piaskownicy, nie umiera nigdy. Tak w każdym razie wtedy myślałam. Był luty, wtorek, całą szkołą wylegliśmy na mecz. Jen pomachała do tłumu, a ja odmachałam do niej. Siedząca obok mnie Chastity, laska, z którą chodziłyśmy na biologię, podniosła wzrok ku niebu i prychnęła: - Ale z was lesby. - Co ty bredzisz?! - odpowiedziałam ze złością. - To moja najlepsza przyjaciółka! Chastity sparodiowała moje machnięcie. - Gapisz się na nią, jakbyś chciała ją przelecieć, bez gry wstępnej i zdejmowania ciuchów. Przyznaj, zdarzyło się wam jakieś pukanko przez ubranko? - A co, zazdrościsz? - rzuciłam i podrapałam się w nos pod okularami. - O kogo? O tę bogatą pindę? - Ona nie jest bogata - odparłam. Biedna Jennifer Check - daleko jej było do bogactwa. Jej jedynym dorobkiem były nacięcia na słupkach przy jej łożu z baldachimem. Nacięcia w sensie symbolicznym, oczywiście. Żaden zaliczony przez nią koleś nie wart był, żeby Jennifer niszczyła własne łóżko. Jakiś czas później, tego samego dnia, grzebałam w niebieskiej metalowej szafce w poszukiwaniu podręcznika, gdy zza drzwiczek wynurzyła się Jennifer i zaczęła poprawiać włosy przed moim lusterkiem na magnes. - Co tam, Monistat? - rzuciła przyjaźnie. STRONA 14- Co tam, Vagisil? - odpowiedziałam, zgodnie z naszym zwyczajem. Jennifer odwróciła głowę od lusterka, akurat w chwili, gdy Jonas Kozelle, szkolny król wysportowanych dupków, szczypał w cycek jakąś pannę. Nienaganny nosek mojej przyjaciółki zmarszczył się z obrzydzenia. Już dawno skończyła z przedstawicielami tej subkultury, by przerzucić się na starszych panów. - Wychodzimy dziś w nocy - stwierdziła, podciągając rękawy kusego sweterka. Jej koszulka w biało-różowe prążki uniosła się do góry, odsłaniając idealnie płaski brzuch. - Dziś? Dokąd? - W Melody Lane gra Low Shoulder, niezła kapela. Tym razem impreza bez ograniczeń wiekowych, co oznacza, że wyjątkowo nie będziemy musiały przeciskać się przez żadne szpary. Chociaż Chip grał na perkusji, nie bardzo interesowały mnie najnowsze trendy w muzyce. - A co to za jedni, ci Low Shoulder? - zapytałam. - Chłopaki z miasta. Grają indie rocka. Widziałam ich na MySpasie. Wokalista jest zajebiście soczysty. Dla ciebie też wyhaczymy coś smakowitego. Needy, wyluzuj, mamy weekend. - Jest czwartek - poprawiłam ją, trzaskając drzwiczkami od szafki. - Na studiach czwartek zalicza się do weekendu. A my już za jedenaście miesięcy będziemy studentkami. Uśmiechnęła się. Obydwie z utęsknieniem czekałyśmy, kiedy nareszcie wyrwiemy się z naszej dziury. Oczywiście, razem. Zamierzałyśmy pozostać najlepszymi przyjaciółkami na wieczność. Wojowniczym gestem wyciągnęłam w powietrze pięść. STRONA 15- Uniwersytet Północna Minnesota, Duluth. Uuuu! - No więc? - spytała powoli, czysto formalnie, bowiem na ogół nie dochodziło między nami do żadnych dyskusji. Ona prowadziła, a ja podążałam za nią jak owieczka. - E... nie mogę - odwróciłam wzrok, starając się pozostać twardą. Obeszła mnie dookoła i spojrzała mi w oczy wzrokiem nieszczęśliwego szczeniaka. - Proszę cię, bo będę płakać. - Obiecałam Chipowi, że spędzimy dzisiejszy wieczór razem. Sami - zaczęłam się tłumaczyć. Jennifer skrzywiła się i nakreśliła w powietrzu, tuż przed moją twarzą, znak „X". - Buu! Skreślam cię, Needy. Rozejrzałam się, żeby sprawdzić, czy ktoś to zauważył. Nie cierpiałam, gdy robiła takie rzeczy publicznie. Nie cierpiałam również jej odmawiać. Naprawdę chciałam zostać z Chipem, czułam się winna za każdym razem, kiedy odwoływałam nasze spotkanie. Ale wie- działam, że w końcu i tak ulegnę Jennifer. Postanowiłam skrócić tę farsę. Wzruszyłam ramionami i przestałam się opierać. - O której zaczynają? - spytałam. - Przyjadę po ciebie o ósmej trzydzieści. Moja mama spotyka się dziś z tym kolesiem od sklepu mięsnego, więc postaram się przejąć brykę. - Facet wydaje się w porządku. Jennifer uśmiechnęła się znacząco. - Tak, mama twierdzi, że to mężczyzna o wieeelkim... sercu. Jego uczucie osiągnęło taką głębię, że aż obdarował ją nawracającą infekcją pęcherza. Fuj, mogła darować sobie tego typu szczegóły. STRONA 16Jennifer odwróciła się na pięcie, rzucając przez ramię: - Tylko załóż coś przyzwoitego, okej? - Okej - westchnęłam, patrząc, jak odchodzi. W języku Jennifer sformułowanie „załóż coś przyzwoitego" miało bardzo specyficzne znaczenie. A mianowicie: nie mogłam wyglądać jak totalne zero, ale też nie wolno mi było przyćmić jej. Odsłonięcie kawałka brzucha - spoko, ale zbyt głęboki dekolt już nie. Pamiętacie, co wam powiedziałam o biuście Jennifer? Otóż byłam wobec niej niezwykle wspaniałomyślna. Przeżywałam prawdziwe męki, na wszelkie możliwe sposoby ukrywając swoje wielkie piersi, żeby tylko Jennifer nie musiała martwić się o swój status sekskociaka numer jeden. Kiedy wychodziłyśmy razem, to ona miała być gwiazdą. Nie ośmieliłabym się zepchnąć jej na dalszy plan. W łazience, przed zmatowiałym lustrem, przymierzyłam kilka bluzek, ale wszystkie odrzuciłam. Za duży dekolt, zbyt pomarańczowa, zjechana na maksa. W końcu zdecydowałam się na prosty czarny T-shirt oraz szarą bluzę z kapturem. I po namyśle zsunęłam dżinsy dużo poniżej linii bioder. Chip czekał cierpliwie, rozwalony na moim łóżku. Świadomość, że jest obok, podczas gdy ja szykuję się do wyjścia, sprawiała mi przyjemność. Miłe było, że ktoś dla odmiany zabiega o mnie, a nie o Jennifer. Zaczęliśmy się spotykać jakiś rok wcześniej. Po którymś meczu Chip podszedł do mnie, żeby zaproponować randkę. Byłam w takim szoku, że po prostu stałam jak wryta i gapiłam się na niego z bezmyślnym wyrazem twarzy. Jennifer zgodziła się za mnie, co odbijała sobie później przy każdej okazji, całkowicie ignorując Chipa i utrudniając nasze STRONA 17spotkania. Poniekąd zasłużyła więc na moją wdzięczność, ale też zrobiła dużo, żebym czuła się z niej zwolniona. Kiedy wyszłam z łazienki, Chip na mój widok znacząco uniósł brew. - Te dżinsy opadają piekielnie nisko. Wszystko ci widać. - Chip! Idę na koncert rockowy, więc muszę odpowiednio wyglądać. - Rozumiem, ale wiesz, wydaje mi się, że widzę twoją macicę. Westchnęłam i podciągnęłam dżinsy, podczas gdy on mówił dalej: - Nigdy jeszcze nie słyszałem o Low Shoulder. Na którego z nich ostrzy sobie zęby Jennifer? - Na wokalistę, oczywiście - odpowiedziałam, próbując okiełznać szczotką plątaninę moich włosów barwy mysi blond. Przeważnie zaczesywałam je do tyłu i związywałam gumką te, które opadały mi na oczy. Moje włosy są bardzo gęste, więc trudno zebrać wszystkie w koński ogon. - Dziewczęta takie jak ona nie umawiają się z perkusistami - dodałam. - Wielkie dzięki - udał głęboko urażonego. - Nie chciałam być niemiła - powiedziałam. - Na pewno zrobiłaby wyjątek dla perkusisty, który oprócz tego jest też wokalistą. Ten koleś ma ze dwadzieścia dwa lata, więc w zasadzie mogliby go zapuszkować, gdyby do czegoś doszło. Lecz Jennifer twierdzi, że jest niezwykle soczysty, więc... - Soczysty? Zamierzacie kiedyś skończyć z tą waszą dziwną gadką? STRONA 18- „Soczysty" znaczy „bardzo atrakcyjny" - wyjaśniłam, a Chip złapał mnie wpół i pociągnął za sobą na łóżko. Zaczął pieścić językiem moje ucho. - W takim razie ty musisz być dojrzałą brzoskwinką, skarbie - powiedział i pocałował mnie. / Odwzajemniłam pocałunek jego miękkich ust. Brązowe włosy Chipa łaskotały mnie w nos. Były dość długie, ale nie za bardzo. Na tyle, że czasami musiałam odgarniać mu je z oczu. Brakuje mi naszych pieszczot. Boskie uczucie. Nieporównywalne z niczym, czego doświadczyłam. Zresztą w życiu nie pocałowałam innego faceta. Chip przygryzł delikatnie moją wargę i zaczął rozpinać pasek. Pełna poczucia winy, że zamierzam zostawić go samego, próbowałam nawiązać dialog w chwilach, gdy na moment odsuwał swoje usta od moich: - Na pewno nie chcesz pójść z nami do Melody Lane? Dają tam teraz darmowy popcorn. Ustawili maszynę do popcornu i można sobie brać, ile kto chce. Jak tylko odpiął sprzączkę paska, zaczął mocować się z rozporkiem. - Obiecałaś mi wspólny wieczór. Nastawiłem się już na odrobinę czułości. Potem obejrzelibyśmy sobie film. Wypożyczyłem Orkę. Coś w rodzaju Szczęk, tyle że z nieszkodliwym wielorybem w roli głównej. - Ale przecież ty bez przerwy jesteś, jak to określasz, nastawiony. A czułością obdarzamy się nieustająco. Czekaj - zatrzymałam się i odepchnęłam go lekko. Usiadłam. Zachowywałam się jak pies myśliwski, który wyczuł lisa. - Jennifer przyszła - powiedziałam. - Skąd wiesz? - spytał i znowu spróbował przyciągnąć mnie do siebie. STRONA 19Wtedy już oboje mogliśmy usłyszeć dobiegający z dołu głos: - Needy, wyjmij sobie nareszcie ten tampon i złaź tu natychmiast. Chipa przytkało. - Dziwne - mruknął pod nosem. Wstałam, żeby dokończyć czesanie włosów. Chip nigdy nie rozumiał więzi łączącej mnie i Jennifer. Byłyśmy jak siostry, jak jedna istota w dwóch ciałach. - Zawsze robisz, co każe ci Jennifer - narzekał, zapinając spodnie. Może jednak rozumiał więcej, niż sądziłam. W każdym razie tym razem trafił w punkt. - Nieprawda - odburknęłam, zaprzeczając, choć powiedział rzecz oczywistą. - Ja po prostu lubię robić te same rzeczy, co ona. Mamy ze sobą wiele wspólnego. Dlatego jesteśmy najlepszymi przyjaciółkami. Wyjęłam spod bluzki łańcuszek z serduszkiem i pokazałam go Chipowi. Na serduszku wygrawerowane było BFF - Best Friends Forever. Wisiorek zdobiła malutka cyrkonia. Cóż, tak naprawdę zawsze wydawało mi się, że chcę robić to samo, co Jennifer. Chip prychnął. - Nie macie ze sobą nic wspólnego. Tym razem już mnie porządnie wkurzył. - Okej, Chip. Jak uważasz. Założyłam okulary, wyszłam z pokoju. Jennifer czekała na mnie przy drzwiach wejściowych. Miała na sobie tonę makijażu i niewiele poza tym. Standard, jeśli chodzi o wypady do Melody Lane. No dobrze, założyła też białą puchową kurtkę, którą przykryła wystrzępioną czerwoną bluzkę i dżinsową mini. Kołnierz kurtki STRONA 20wykończony był sztucznym futerkiem, co wyglądało po prostu świetnie. Zawsze chciałam mieć tę kurtkę, w każdym razie zanim została zbryzgana krwią. Całość wieńczył pasek z wyćwiekowanym napisem „Love". Jennifer pomachała mi przed nosem kluczykami. - Zgadnij, jaką furę zdobyłam na dzisiejszy wieczór? Chrysler Sebring, rocznik 2003, wyłącznie do mojej dyspozycji. Szczęściara z ciebie, zadasz szyku, podjeżdżając ze mną pod klub. Zakołysała lekko biodrami, ale uspokoiła się, gdy zobaczyła Chipa schodzącego za mną po schodach. - O, cześć, Chip - przywitała się. - Lubisz pomarańcze? - spytała i ścisnęła piersi, pochylając się w stronę Chipa. Zachichotała. - Chyba przeoczyłaś tak ze dwa guziki - odparł Chip, dzielnie starając się nie patrzeć, choć przychodziło mu to z trudem. - Wydaje mi się, że raczej przeoczyła pozostałe - włączyłam się do rozmowy i podeszłam do niej, żeby zasłonić Chipowi widok. Jennifer pociągnęła nosem. - Czy wy się pieprzyliście? - Jesteś nieprzyzwoita! Wstyd mi za ciebie! - udałam oburzoną. Popchnęłam ją dla żartu, a ona mnie. Przez chwilę się tarmosiłyśmy, przez co piersi Jennifer nieomal wyskoczyły spod koszulki. Gdy spostrzegłam, jak Chip się na nie gapi, natychmiast przestałam. - Okej, jedziemy do klubu - zarządziła zadowolona, że jej magnetyzujący wpływ na mężczyzn został kolejny raz potwierdzony. Kiedy zamykałam drzwi, Chip uznał, że warto trochę się pokłócić. STRONA 21- Melody Lane nie jest klubem - zaczął. - Właściwie to nawet nie bardzo jest bar. Najbliżej mu do salonu bingo z koncesją na piwo. - Ugryź mnie, Chip. Zazdrościsz, bo nie zostałeś zaproszony - odpysknęła Jennifer. - Ja zazdroszczę?! - złościł się dalej, idąc za nami do samochodu. - To obleśne miejsce. Przyłażą tam (wyłącznie brzuchaci kolesie z wąsami. - Zazdrościsz, zazdrościsz! Zzieleniałeś z zazdrości i nawet sam przed sobą nie potrafisz się do tego przyznać. Wskoczyłyśmy do auta, Jennifer uruchomiła silnik. Opuściłam szybę i pomachałam Chipowi na pożegnanie. Ale jego nadal pochłaniała kłótnia z Jennifer. - Przestań wreszcie porywać moją dziewczynę! - krzyczał, gdy wyjeżdżałyśmy z podjazdu. Biedny, kochany Chip. Powinnam była zostać w domu i poprzytulać się do niego. Powinnam była obejrzeć tę głupią Orkę. Powinnam była powstrzymać Jennifer od wyprawy do Melody Lane. Gdybym to zrobiła, nie zginęliby ci wszyscy ludzie. No, czworo ludzi, ściślej mówiąc. STRONA 22Rozdział drugi Robi sie gorąco STRONA 23Chip miał rację. Trudno było Melody Lane Tavern nazwać klubem. Kluby to miejsca w dużych miastach, gdzie spotykają się atrakcyjni ludzie. W klubach rezydują DJ-e i leje się szampan. W Melody Lane jest za to zepsuta szafa grająca i oklejony nalepkami kibel. Wysiadłyśmy z samochodu na żwirowym parkingu. Nad wejściem do baru migał zepsuty neon. Tak, mój chłopak miał absolutną rację: miejsce było przyozdobioną kołpakami, rozwalającą się drewnianą budą, która znajdowała się na odległym krańcu naszej mieściny. Facet przy wejściu narysował nam na wierzchu dłoni wielkie czarne „X". Jennifer przyjrzała się temu z niesmakiem. Nie lubiła, gdy ktoś ją skreślał. W środku panował półmrok. Barman właśnie podawał przez kontuar skrzynkę piwa gościowi w wyświechtanym T-shircie. - Nie mogę się doczekać, kiedy będę mogła legalnie schlać się w miejscu publicznym - westchnęła Jennifer. - Piłaś kiedyś brzoskwiniowego Boone'sa? - Aha, świetna rzecz - skłamałam. - Pogięło cię? To obrzydlistwo! - zaprotestowała i wzdrygnęła się lekko, ponieważ mijał nas właśnie jeden ze szkolnych piłkarzy, ze wzrokiem przyklejonym do jej cycków. - Cześć, Jennifer. Ładnie wyglądasz - powiedział. - Co tam, Craig? - Jennifer uniosła znacząco brwi. Kiedy piłkarz zniknął, trąciła mnie ramieniem i prych-nęła: - A ten co sobie wyobraża? Ze jest dla mnie STRONA 24wystarczająco przystojny? Teraz już rozumiem, dlaczego nie nadąża na matmie. - No - zgodziłam się, ledwie jej słuchając. Kiedy rozglądałam się wokół, zauważyłam kumpla ze szkoły. - Zobacz, przyszedł Ahmet. Wiesz, ten koleś z wymiany zagranicznej, z Indii. Jennifer spojrzała w tym samym kierunku. - Dlaczego znowu wzięli tego? - spytała zirytowana i skrzywiła się. - Pewnie dyrektor Lundquist uznał, że on dobrze robi na tak zwaną różnorodność. Jennifer skrzywiła się jeszcze bardziej. - Nie mogę uwierzyć, że wymieniliśmy mega dorodnego hokeistę na takie coś. - Ja bym się go nie czepiała - wzruszyłam ramionami. - Podejrzałam, że trzyma w szafce odjazdową figurkę słonia. Już od dawna chciałam ją sobie dokładniej obejrzeć. Byłam pewna, że ma jakiś związek z religią. Niezła sprawa - idziesz na mszę i modlisz się do słonia. Fascynowało mnie, że Ahmet samą swoją obecnością wpływał na świadomość wielości kultur. Ruszyłyśmy dalej, torując sobie drogę ku scenie, choć w tym przypadku lepiej byłoby użyć słowa podest. Miejsce dla zespołu wyznaczono bowiem platformą, zamontowaną jakieś dwadzieścia centymetrów nad podłogą. Lokal pękał w szwach, ale głównie za sprawą stałych klientów. Poza tym zespół nie przyciągnął jakichś strasznych tłumów, oprócz nas i Ahmeta. Jennifer wyciągnęła papierosy z kieszeni dżinsowej spódnicy. Potem, powoli, wysunęła jednego z paczki i, trzymając go pomiędzy dwoma palcami, czekała na ogień. Nie martwiłam się zbytnio ani o jej płuca, ani STRONA 25jako bierna palaczka, o własne. Jen stosowała tę sztuczkę, żeby przyciągnąć mężczyzn i rzadko zdarzało jej się wciągnąć więcej niż jednego macha, ponieważ z miejsca gziła się z właścicielem zapalniczki. Również i tym razem sztuczka zadziałała. Roman Duda, w swej czapce moro, zbliżył się wolnym krokiem i stanął odrobinę zbyt blisko niej. Koleś liczył sobie chyba z ćwierć wieku, zboczeniec. Łyknął haust piwa i odebrał Jen paczkę. - Masz siedemnaście lat - pouczył ją. - W tej chwili twoje płuca wyglądają jak dwa idealne różowiutkie kotlety jagnięce. Nie niszcz ich tym gównem. W odpowiedzi włożyła papieros w usta i wydęła je w jego stronę. Tego też jej zabrał. - Wiesz, że mógłbym cię aresztować za ich posiadanie? - Aresztować, mówisz? Chciałoby się. Jeszcze nawet nie skończyłeś akademii. A właśnie, czy wspominałam już, że ten nieskazitelny przykład człowieczeństwa uczęszczał do akademii policyjnej? Wkrótce miał chronić porządnych obywateli Devil's Kettle. Wątpię, by udało mu się uchronić mysz przed kotem. Nie mówiąc o chronieniu wiecznie napa- lonej nastolatki przed nią samą. - Jeszcze tylko dwa miesiące - odciął się urażonym tonem - i zaczynam normalną służbę. Jennifer przysunęła się do przyszłego policjanta. - Zakujesz mnie w kajdanki? - szepnęła, ocierając się o niego. Wprawdzie wiedziałam, że go bzykała, ale starałam się o tym nie myśleć. Pomimo że nie jestem cnotką, trochę jednak mnie ta sytuacja brzydziła. Roman jęknął i odpowiedział również szeptem: